Ale cyrk!

Ale cyrk !

Ostatni raz byłem w cyrku w 1974 roku i zawsze byłem przekonany, że więcej już nie pójdę i że nikt nie będzie w stanie mnie do tego namówić. Tymczasem...

Ilekroć przyjeżdżał do Szczecinka cyrk tyle razy Stefan prosił nas o to, by pójść z nim na spektakl, bo w cyrku nigdy jeszcze nie był i byłaby to wspaniała przygoda. Do tej pory dał się przekonywać moimi argumentami budowanymi w oparciu o tamto przedstawienie sprzed 24 lat, że cyrk to nic nadzwyczajnego, że męczą tam stare i tak już zmęczone życiem zwierzęta, że poziom prezentowanych sztuczek jest mierny i że tak właściwie to nic innego jak wyciąganie pieniędzy, które lepiej wydać na coś innego. Do tej pory to wystarczało. Gdy pod koniec sierpnia przyjechał do Szczecinka kolejny cyrk - czułem, że tym razem nie wystarczy i że nadszedł czas, by Stefan poszedł wreszcie do cyrku i o tym wszystkim, co mu mówiłem przekonał się sam. Robiąc zakupy w markecie dostałem kupon uprawniający do 50% zniżki na bilety. Kupując je wybrałem ostatnie przedstawienie z nadzieją, że będziemy tylko my dwaj i że z tego powodu cyrkowcom w ogóle nie będzie się opłacało wychodzić na arenę. Tymczasem...

Kłopoty z zaparkowaniem samochodu już na pół godziny przed spektaklem świadczyły o tym, że jednak przyszli też inni. Najeżony i uprzedzony do wszystkiego co nas czekało wszedłem ze Stefanem pod dach potężnego, zwieńczonego koroną, namiotu. Przy wejściu powitali nas uśmiechnięci młodzi ludzie w białych, czerwonych i błękitnych liberiach, wskazując nam nasze miejsca. Wszędzie uwijali się cyrkowi sprzedawcy oferując różnokolorowe gadżety. Usiedliśmy. Zacząłem uważnie przyglądać się wszystkiemu wokół, szukając pierwszych dowodów, potwierdzających nakreślony przeze mnie obraz cyrku, ale nic co widziałem do tego obrazu nie pasowało. Nowoczesne oświetlenie i nagłośnienie, grająca „na żywo” 7-osobowa orkiestra, lśniąca arena i widoczne pod kopułą namiotu akcesoria akrobatyki cyrkowej: liny i linki, klamry i łańcuchy, trapezy i drabinki - wszystko jak nowe. „To jeszcze o niczym nie świadczy” - pomyślałem, zerkając na Stefana, który z zaciekawieniem przyglądał się każdemu detalowi cyrkowej scenografii. I wreszcie gong. Zaczęło się. Na arenę zza uchylonej kurtyny wybiegł pajacyk, tańcząc w rytm skocznej melodii taniec pajacyka. „Oho - pomyślałem - miałem rację. Będzie skromnie”. Tymczasem...

Pajacyk zatańczył chyba tylko po to, bym tak właśnie pomyślał, bo oto rozpoczęło się wspaniałe, barwne, perfekcyjnie wyreżyserowane i profesjonalnie zagrane przedstawienie. Zachwycający swą zwinnością i odwagą młodzi akrobaci, pełna gracji woltyżerka, wyważony dowcip klaunów, brawurowa gra orkiestry, zapierające dech w piersiach ewolucje, fantazyjne kostiumy - wszystko to sprawiło, że obaj ze Stefanem, mimo sporej różnicy wieku, patrzyliśmy na to widowisko jak urzeczeni, podobnie zresztą jak 2 tysiące mieszkańców 45-tysięcznego miasta ! Były, co prawda, pudle, szympansy i tchórzofretki, ale te sekwencje cieszyły się najmniejszym zainteresowaniem, choć trzeba przyznać, że tresura była bardzo delikatna. Udział zwierząt w cyrku jest jednak bardzo kontrowersyjny i dobrze, że zajmuje dziś marginalne miejsce, ustępując pola popisom zręczności i umiejętności człowieka.

Cała widownia długo oklaskiwała artystów z Polski, Francji, Rosji, Maroka, Mongolii i wielu innych państw. 2,5-godzinny spektakl dostarczył wszystkim niezapomnianych wrażeń. Takie widowisko mógłbym polecić każdemu. Tego naprawdę się nie spodziewałem. Ale cyrk !

J. R.

wszystkie prawa zastrzeżone Janusz Rautszko © 2011r.
wykonanie i administracja SPDesign.eu