Liri znaczy wolność!

Liri znaczy wolność !

  Do obozu dla uchodźców z Kosowa, położonym w zacisznym ośrodku „Adonis” nad jednym z okalających Złotów jezior trafiłem w sobotnie popołudnie 8 maja. Dzięki uprzejmości Grażyny Komorowskiej - rzecznika prasowego Urzędu Miasta i Gminy w Złotowie, która dokładnie poinformowała mnie o trasie dojazdu - bez problemu zajechałem wprost pod szlaban z tabliczką „Teren prywatny”, za którym widać było regularnie rozmieszczone, niewielkie murowane domki i jeden większy, usytuowany centralnie budynek, z napisem „ADONIS”. Przy szlabanie

powitała mnie grupka czarnowłosych maluchów

które zwróciły się do mnie z czysto wypowiedzianym po polsku: „Dzień dobry”. Wkrótce przekonałem się, że przebywający tu od niespełna trzech tygodni Albańczycy z każdym dniem coraz lepiej mówią po polsku. Dowiaduję się, że właścicielem ośrodka jest pilska firma „Intrat-Pil”, a gospodarzami obiektu - rodzina Pryszmontów. Pani Teresa Pryszmont prosi mnie o chwilę cierpliwości, gdyż właśnie trwa obiad. Oczekując na jego zakończenie obserwuję wychodzące z jadalni niewielkie grupki mężczyzn, kobiet i dzieci. Od jednej z córek pani Teresy dowiaduję się, że w ośrodku zamieszkało 95 Albańczyków, a wśród nich blisko 30 dzieci. Najmłodsze ma 2 miesiące. Są wśród nich takie, które podczas ucieczki z Kosowa zgubiły gdzieś swoich rodziców i wraz ze znajomymi znalazły się na pokładzie norweskiego „Junkersa”, który po dostarczeniu z Polski do Macedonii ładunku koców i namiotów - zabrał ich i w połowie kwietnia wylądował na wojskowym lotnisku pod Poznaniem. O tym, że

ośrodek w Złotowie wybrany został przez stronę rządową

jako miejsce tymczasowego pobytu uchodźców z Kosowa - gospodarze obiektu dowiedzieli się na dwa dni przed ich przybyciem. Trwające dzień i noc prace remontowe zakończyli na czas i późnym wieczorem, 20 kwietnia, do Złotowa przyjechała cała, blisko 100-osobowa grupa.

   Właśnie zakończyło się wydawanie posiłku i teraz mogę porozmawiać z panią Teresą Pryszmont i obecnym w ośrodku tłumaczem - Fatonem Sehi, który jakiś czas temu ożenił się z Polką i obecnie mieszka w Swarzędzu, gdzie prowadzi sklep. W złotowskim ośrodku jest wolontariuszem. „Gdy pod bramę naszego ośrodka zajechały autobusy z uchodźcami - wspomina noc sprzed trzech tygodni pani Teresa - okazało się, że

są przerażeni tym, że znów są w lesie.

Ze swoich rodzinnych domów uciekali przez lasy, z obozu przejściowego w Macedonii zabrał ich samolot, który wylądował na lotnisku wśród podpoznańskich lasów i myśleli, że tu, po kilku godzinach jazdy autobusem, również będą musieli ukrywać się w lesie. Szybko jednak przekonali się, że trafili po prostu do jednego z naszych, malowniczo położonych nad jeziorem, pośród drzew, ośrodka wypoczynkowego”. Faton Sehi mówi, że: „pochodzą głównie z trzech kosowskich miast: Pristiny, Urosevaca i Gnjilane oraz z położonych w płd.-wsch. Kosowie wiosek. Wszyscy opuszczali swoje domy w pośpiechu, pod lufami karabinów serbskich żołnierzy. Wychodzili tak, jak stali, nie zdążywszy nawet założyć butów. „Ci, którzy chcieli się po cokolwiek wrócić - byli rozstrzeliwani” - mówi pan Faton. Byli świadkami wielu zbrodni i to co widzieli zapamiętają do końca życia. Dzisiaj nie wyobrażają sobie tego, by kiedykolwiek w przyszłości mieli mieszkać z Serbami. Na wejście międzynarodowych sił do Kosowa czekają jak na zbawienie. W przeciwnym razie ich powrót do ojczyzny jest niemożliwy. Gdy mówię, że ich domy są w 90 procentach zrównane z ziemią - Faton Sehi odpowiada, że

„niczego więcej im nie trzeba,

    tylko skrawka kosowskiej ziemi

na której zbudują swoje nowe domy. Przecież do 1990 roku posiadaliśmy pełną autonomię i dopiero za rządów Milosevica straciliśmy ją. Wówczas też nasiliło się społeczne i polityczne dyskryminowanie nas przez Serbów. Kosowo zawsze było zaniedbywane. Właśnie u nas zawsze było największe bezrobocie i najniższe zarobki, w przeciwieństwie do plasującej się na szczytach zamożności Słowenii. Zanim rozpoczęło się masowe wysiedlanie, w Kosowie zamieszkałym w 90 procentach przez Albańczyków, dyrektorami wszystkich zakładów pracy i szkół byli Serbowie. To oni decydowali o tym, że albańskie dzieci, uczące się w wydzielonych, nie ogrzewanych zimą częściach szkół marzły, podczas gdy serbskie uczyły się w normalnych warunkach”. Kosowo to góry, piękne krajobrazy i... bogate złoża srebra, chromu, ołowiu i cynku. „Jest tu prawie cała Tablica Mendelejewa - mówi Faton Sehi. Serbom nie chodzi więc o korzenie historyczne, a jeżeli o nich już mówimy, to w Kosowie Albańczycy byli zawsze”.

 Pani Teresa, która wraz z całą rodziną nie szczędzi przebywającym w ośrodku Albańczykom sił i czasu szybko zyskała sobie wśród nich niezwykły przydomek. Nazywają ją bowiem „Matką Teresą” i darzą ogromnym zaufaniem.

„Pomału zaczynają się uśmiechać

 mówi o uchodźcach pani Teresa - choć jeszcze do niedawna dzieci uciekały na widok jakiegokolwiek munduru. Oglądają wszystkie relacje dotyczące Kosowa, jakie pokazuje nasza telewizja i CNN. Dzwonią do swoich rodzin w Macedonii, Albanii, Niemczech i Szwajcarii. Niedawno jedna z rodzin zatelefonowała do swojego domu w Pristinie - telefon odebrał jakiś Serb...”

   W Złotowie uchodźcy z Kosowa pozostaną tak długo jak będzie to konieczne. Mają tu dobrą opiekę, wspieraną m.in. przez pilską Caritas. Faton Sehi chwali szczególnie księdza Leonarda Zycha, który co jakiś czas zjawia się w ośrodku, aby zapytać o potrzeby, a potem, według listy, stara się je zaspokajać. 16 maja dla kosowskich Albańczyków przebywających w Złotowie minął okres kwarantanny. Teraz mogą spotykać się już ze wszystkimi, którzy zechcą ich odwiedzić. Afredita - jedna z młodych albańskich kobiet urodziła niedawno w Złotowie pierwsze na polskiej ziemi dziecko uchodźców z Kosowa. W chwili, gdy piszę te słowa nie wiem jakie otrzymało imię. Jednak wcale bym się nie zdziwił, gdyby imię to brzmiało Liri, boliri - to po albańsku - wolność !

J. R.

wszystkie prawa zastrzeżone Janusz Rautszko © 2011r.
wykonanie i administracja SPDesign.eu