Pocieszycielko strapionych...

Pocieszycielko strapionych...

   Wracamy z Katowic. Spotkanie redaktorów z całej Polski w samej centrali „Gościa Niedzielnego” było bardzo owocne. Wieziemy ze sobą pokaźny bagaż uwag, spostrzeżeń i wskazówek. Rozmawiamy o tym co czeka nas w bliższej i bardziej odległej przyszłości. Za oknami pędzącego samochodu ściemniło się już dawno. Odmawiamy Różaniec. Wycieraczki miarowo zgarniają krople padającego deszczu, przypominając o nienajlepszych warunkach jazdy. Dojeżdżamy do niewielkiej miejscowości. Na białej tablicy napis: Mieszków. W oddali widzimy migocące niebieskie światła. Odbijają się w mokrym asfalcie i muskają ściany okolicznych domów. Wypadek. Podjeżdżamy bliżej. Na jezdni leży człowiek. Przed nim samochód, który go potrącił. Obok karetka i policyjny radiowóz. Zatrzymujemy się. Ksiądz Edward z księdzem Zbyszkiem podbiegają w kierunku leżącego. Są przecież lekarzami dusz. Ja podchodzę do stojącej na chodniku grupki kobiet. Pytam co się stało. „To było 10 minut temu... przebiegał przez skrzyżowanie... - mówią. Tamten musiał jechać bardzo szybko... gdy go uderzył był straszny huk, aż wybiegłam z domu... Boże, a jego żona nic nie wie... zostawił dwójkę dzieci...” Pytam, czy miał w Mieszkowie jeszcze jakąś rodzinę. Gdy dowiaduję się, że tak - radzę, by to ich najpierw powiadomić. Tak też czynią. Księża wracają. Jest już za późno. Zginął na miejscu. Ruszamy dalej. Przez chwilę myślę o tym, kim był ten człowiek, który leżał tam teraz przykryty czarną folią. Czego nie zdążył w życiu zrobić, że w chwili śmierci nie było przy nim księdza, że przyjechaliśmy 10 minut za późno. Ostatnią dziesiątkę Różańca odmawiamy w jego intencji i w intencji tych, których zostawił. „Pocieszycielko strapionych - módl się za nami”.

   Tydzień później, w niedzielny wieczór, na jednym ze skrzyżowań Mielna leży człowiek. Obok niego stoi karetka. Migocące niebieskie światło odbija się w mokrym asfalcie i muska ściany okolicznych domów. Przy leżącym mężczyźnie uwijają się lekarze. Prowadzą reanimację. W tym momencie nadjeżdża samochód, z którego wysiada ksiądz. Podbiega szybko. Jest przecież lekarzem dusz. Nachyla się i udziela rozgrzeszenia. Podchodzi do stojącej obok przestraszonej i zapłakanej kobiety. To żona. Pyta jak dawno temu jej mąż był u spowiedzi. „Dawno. Bardzo dawno...” - pada odpowiedź. Po kilku minutach mężczyzna umiera. Przez chwilę myślę o tym, kim był ten człowiek, który leżał tu teraz przykryty białym płótnem. Co takiego zdążył w życiu zrobić, że w chwili śmierci był przy nim ksiądz. Że właśnie wtedy nadjechał. Modlę się w jego intencji i w intencji tych, których zostawił. „Pocieszycielko strapionych - módl się za nami”.

J. R.

wszystkie prawa zastrzeżone Janusz Rautszko © 2011r.
wykonanie i administracja SPDesign.eu