Rycerze Świętego Huberta

Rycerze Świętego Huberta

Legenda mówi, że św. Hubert, biskup Maastricht z początku VIII wieku, miał jako młody myśliwy spotkać podczas polowania wspaniałego, białego jelenia z jaśniejącym pomiędzy tykami poroża krzyżem. Biały jeleń przemówił do niego, by oddał się na służbę Bogu. Wówczas nawrócony Hubert wyrzekł się na zawsze łowów. A mimo to tysiąc lat później został patronem myśliwych !

W Polsce kult św. Huberta pielęgnowały przede wszystkim środowiska rycerskie i dworskie, uprawiające myślistwo, które przyjęły zachodnioeuropejskie formy kultu, jak choćby poprzedzające polowania Msze wotywne, odprawiane w leśnych kaplicach, fundowanych pod jego wezwaniem. Zakładano też bractwa i stowarzyszenia myśliwskie, które stały się pierwowzorem dzisiejszych kół łowieckich. Aktualnie jest   ich   w    Polsce    ok. 2 500, z czego kilkadziesiąt działa w dzierżawionych przez siebie obwodach łowieckich. Każde z tych kół zrzesza kilkudziesięciu myśliwych - ludzi, dla których łowiectwo stało się pasją życia. Jednym z nich jest Adam Potocki, który od ponad trzydziestu lat poluje w kole łowieckim „Wataha”, dzierżawiącym obwody położone między Bobolicami a Polanowem. Swój chrzest myśliwski, jaki miał miejsce po upolowaniu pierwszego w życiu zwierza Adam pamięta bardzo dobrze. Klęczał wówczas na lewym kolanie a chrztu dokonywał najstarszy uczestnik polowania przez pomazanie czoła farbą, czyli krwią ubitego zwierza. Dokładniej, było to nakreślenie krzyża na czole chrzczonego kordelasem zanurzonym w ranie, która powaliła zwierzę, połączone z odebraniem od adepta ślubowania postępowania zgodnie z zasadami prawa łowieckiego i etyki myśliwskiej.

Pojęcie etyki myśliwskiej dla każdego prawdziwego myśliwego jest niemal rzeczą świętą. Jest to bowiem niepisane prawo, określające zasady postępowania zarówno wobec zwierzyny, jak i kolegów myśliwych. I tak, polowanie tylko wtedy będzie zgodne z zasadami etyki, kiedy jego celem będzie zdobycie zwierzyny, a nie tylko jej zabicie. Poza tym strzał oddany do zwierzyny musi zapewniać możliwość dokładnego jej trafienia, a w przypadku jej zranienia myśliwy zobowiązany jest do niezwłocznego poszukania tzw. postrzałka i dobicia go, ale wyłącznie strzałem. Etyka nakazuje też, by tropiona zwierzyna miała w momencie strzału pełne możliwości ucieczki, nie mówiąc już o tym, że strzelanie do zwierzyny w celach treningowych jest absolutnie niedopuszczalne.

Trzeba przyznać, że zwyczaje myśliwskie, do których należy wspomniany już chrzest, są wśród braci łowieckiej pieczołowicie pielęgnowane i przekazywane z pokolenia na pokolenie. Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej pisał tak: „Na myśliwym, który przeciw zwyczajom łowieckim lub językowi myśliwskiemu wykroczył wymierzano karę. Przestępcę kładziono na ubitym jeleniu, dziku lub koźle i wymierzano mu trzy płazy kordelasem. Podczas tego obrzędu wszyscy myśliwi, stojąc wkoło, powinni byli prawą ręką wydobyć kordelasa na kilka cali z pochwy na znak gotowości obrony praw i zwyczajów myśliwskich. Wesołemu a odwiecznemu zwyczajowi powyższemu zawdzięczać należy, że język i zwyczaje łowieckie przechowały się z dawnych czasów do wieku XIX”, a nawet XX - trzeba by dodać. A język łowiecki jest naprawdę wyjątkowy. No bo któż z normalnych śmiertelników mógłby przypuszczać, że gach - to samiec zająca, ciota - to stara łania, a kielnia - to ogon bobra i że gdy naganka w miocie czyni bałuch - to po prostu naganiacze wrzeszczą w lesie, by wypłoszyć zwierzynę w kierunku czekających na nią myśliwych. „Właśnie podczas polowań zbiorowych mamy do czynienia z całą gamą zwyczajów myśliwskich - mówi Adam. Sygnały grane na rogach lub trąbkach obwieszczają wszystkim rozpoczęcie polowania i jego zakończenie, informują uczestników o wszystkim co dzieje się na łowach, będąc zarazem uroczystą, dźwiękową oprawą polowania.

Każde zbiorowe polowanie kończy tzw. pokot, czyli ułożenie według ustalonego porządku całej ubitej tego dnia zwierzyny. Prowadzący polowanie ogłasza kto został jego królem, kto został królem pudlarzy, czyli spudłował największą ilość razy, a trębacze grają kolejno hejnały, oznaczające obecność na pokocie poszczególnych gatunków zwierzyny. Wszystko kończy się fanfarą „Darz Bór”.

Gdy pytam Adama, czy zdarzyło mu się mierzyć do zwierzyny, a jednak wyprostować zgięty na spuście palec, pomimo stuprocentowej pewności oddania celnego strzału - ten odpowiada: „Niejeden raz zdarzyło się właśnie tak, że mogłem zabić, a jednak nie zrobiłem tego. Były to te sytuacje, w których zwierzyna popełniła ewidentny błąd i zdobycie jej byłoby zbyt proste. Myślałem więc wówczas tak: „Cóż, tym razem przegrałaś. W pewnym sensie - już nawet nie żyjesz, a mimo to, być może, jeszcze kiedyś się spotkamy”.

W dniu 3 listopada, dniu św. Huberta, w wielu kołach łowieckich odbywają się tradycyjne polowania, rozpoczynające sezon zbiorowych polowań. Nierzadko poprzedzają je Msze św. wotywne, na wzór tych, odprawianych już w XV wieku w górskich lasach francuskich Ardenów, zanim rycerze św. Huberta wyruszyli na łów. I nic dziwnego, że wówczas Bór Darzy...

JANUSZ RAUTSZKO    

wszystkie prawa zastrzeżone Janusz Rautszko © 2011r.
wykonanie i administracja SPDesign.eu