Więcej niż być - postscriptum

Wstęp

 

Musimy wystrzegać się dawania pierwszeństwa temu,

co jest korzystne dla nas, przed tym, co dobre dla innych,

ponieważ jeśli wolimy to, z czego korzyść mamy my sami, a nie inni,

to z konieczności zmierzamy do naruszenia owej pięknej więzi miłości,

więzi, która zawsze powinna jednoczyć chrześcijańskie dusze,

gdyż miłość, jak powiada święty Paweł, jest „więzią doskonałości”.

 

Ojciec Pio

 

  Kiedy 3 stycznia 2004 roku otrzymałam z Polski e-mail pt. Niespodzianka, wysłany przez Janusza Rautszko, byłam przekonana, że w liście tym znajdę kolejny rozdział książki Więcej niż byćPostscriptum. Okazało się jednak, że jest tam inna niespodzianka, i to bardzo szokująca. Janusz napisał w swym liście tak: ...oboje z Krysią stwierdziliśmy jednogłośnie, że znamy jedną osobę, która mogłaby napisać wstęp do Postscriptum. Tą osobą... jesteś Lodziu Ty!!! Piszę o tym teraz, byś nie tylko się z tą myślą już oswajała, ale również, byś pomału zaczęła ów wstęp pisać. Pomału, choć muszę Ci powiedzieć, że czasu mamy niewiele, gdyż w najbliższym tygodniu mam zamiar zakończyć pisanie książki. I co Ty na to, Lodziu?

  Moje zaskoczenie było nie mniejsze niż to, które przeżyłam w czerwcu 2002 roku, kiedy to Janusz przedstawił mi w liście propozycję napisania książki... książki Więcej niż być.

  Z jednej strony, wydawało mi się, że napisanie wstępu to za trudne dla mnie zadanie, a z drugiej – czułam wewnętrznie, że jeżeli Janusz i Krysia o to mnie proszą, to powinnam to zrobić i... bardzo chciałam to zrobić. Chciałam napisać ten wstęp nie tylko dla Nich, ale również dla każdego Czytelnika, który weźmie tę książkę do ręki.

  Cały okres powstawania Więcej niż być i Postscriptum tej książki był i pozostanie moim wielkim doświadczeniem życiowym. Doświadczeniem, którego początkowo bardzo się bałam.

  Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Z uśmiechem wspominam teraz ten czerwcowy dzień, w którym dowiedziałam się, że Janusz Rautszko chciałby nawiązać ze mną kontakt, gdyż ma zamiar napisać książkę o mnie i moich przeżyciach związanych z atakiem na World Trade Center.

  Przed oczami mojej wyobraźni momentalnie pojawiła się taka oto scenka sprzed około 30 lat, która miała miejsce w Liceum Sióstr Niepokalanek w Wałbrzychu. Wychodziłam właśnie z klasy po skończonej lekcji i nagle zauważyłam, że naprzeciw mnie idzie Pani Danusia Rautszko, moja nauczycielka matematyki, w towarzystwie młodziutkiego chłopca. Wiekowo określiłabym, że mógł być uczniem piątej lub szóstej klasy. Szczupły, dość wysoki chłopiec, ubrany w granatowy sweterek, z uśmiechem na twarzy i inteligentnym wzrokiem przyglądał się portretom królów polskich, zawieszonym na ścianach szkolnego korytarza. „Ach! To tak wygląda ten słynny Janusz?!” – pomyślałam. Każda z nas, uczennic, wiedziała bowiem dokładnie, że Pani Danusia ma dwoje dzieci: Janusza i Dorotę.

  Nie wiedziałam jednak, że ten sam Janusz dzisiaj pisze książki. „Przecież do pisania jest tyle tematów – myślałam. – Dlaczego więc chce pisać akurat o mnie i o ataku na World Trade Center?”. Chwilami ogarniał mnie przed nim jakiś dziwny lęk, gdyż wyobrażałam sobie, że podobnie jak bałam się zawsze na lekcjach matematyki Jego Mamy, będę się bała i Jego.

  Z jednej strony, nie chciałam, aby ktokolwiek rozrywał tkwiące we mnie wciąż jeszcze świeże rany po tym, co przeżyłam podczas ucieczki z płonącej wieży. Obawiałam się też, że nikt nie jest w stanie opisać tego, co przeżyłam i że każde opowiadanie będzie się sprowadzało do sensacyjnego przedstawienia wydarzeń tamtego dnia, dnia największej w moim życiu próby i dnia największego doświadczenia Miłości Bożej. Z drugiej strony, trudno mi było odmówić Januszowi ze względu na moją byłą Panią Matematyczkę – Jego Mamę, którą zawsze bardzo lubiłam i darzyłam ogromnym szacunkiem. Do końca niepewna, czy dobrze robię, zgodziłam się na nawiązanie kontaktu.

  Jednak już po pierwszych e-mailach wiedziałam, że moje obawy były zupełnie zbyteczne. Kiedy po kilku tygodniach naszej korespondencji do mojej skrzynki elektronicznej zaczęły napływać pierwsze odcinki książki, bardzo szybko zorientowałam się, że Janusz przedstawia wszystko nie tylko zgodnie z moim opowiadaniem i faktami, ale wychwytuje w sposób wręcz nieprawdopodobny każde moje duchowe przeżycie, każdy ból, każdą radość, każdą emocję i każdy lęk, a przede wszystkim, wychwytuje w pełni moją wiarę w Boga i z ogromną intuicją pisze stronę po stronie Więcej niż być: pisze tak, że oto odnoszę wrażenie, jakby znał mnie lepiej niż ja. Podobnie przedstawia w książce innych jej bohaterów – mojego męża Marka i syna Michała. Każdy z nas z ogromnym wzruszeniem odbiera reakcje Janusza na epizody, które mu przedstawiamy. Janusz tak bardzo tym żyje, że nie tylko otwiera się w pełni na odbiór naszych przeżyć, ale tak naprawdę to sam je przeżywa. Przeżywa tak bardzo, że nie raz reaguje płaczem. Jesteśmy do głębi wzruszeni Jego wrażliwością i dzisiaj wiemy, że obie książki: Więcej niż być i Więcej niż byćPostscriptum nie byłyby takie, jakie właśnie są i nigdy nie odzwierciedliłyby wewnętrznych przeżyć moich i mojej rodziny, i nie tchnęłyby tak ogromnym duchem, gdyby nie było w nich tego pełnego, bez najmniejszego nawet marginesu zaangażowania się w te przeżycia samego autora książki. Podczas powstawania Więcej niż być najtrudniej było nam zrozumieć, jak to się dzieje, że Janusz nie widząc nas na oczy i przebywając po drugiej stronie oceanu pisze tak, jakby był w nas i osobiście przeżywał każdy epizod z naszego życia.

  W rozmowach telefonicznych i naszej codziennej korespondencji via e-mail poznajemy Janusza i Jego żonę Krysię tak blisko, że mamy wrażenie, iż znamy się już od lat. Zaczynają się splatać między nami więzy bardzo silnej przyjaźni. Przyjaźni, w której oboje są na nas bezgranicznie otwarci, tak bardzo, że mamy wrażenie, jakby dawali nam swoje serca w przepięknej więzi Bożej Miłości.

  Nic więc dziwnego, że lądując na Okęciu we wtorek 9 września 2003 roku, byłam nie tylko wzruszona promocją książki, na którą leciałam z Nowego Jorku, ale przede wszystkim byłam bardzo przejęta faktem, że oto poznam osobiście Janusza i Krysię Rautszko, z którymi tak się zaprzyjaźniłam w ciągu roku wspólnej pracy nad książką.

  Na opisanie tego, co przeżyłam przez dwa tygodnie promocji Więcej niż być, brak mi po prostu słów. Janusz przedstawił to pięknie w tej właśnie książce – Więcej niż byćPostscriptum.

  Przyznam, że leciałam do Polski z pewnym lękiem, gdyż samo słowo „promocja” wprowadzało we mnie pewien niepokój. Tak naprawdę bowiem ani Januszowi, ani mnie nie chodziło o promocję, ale o to, by treść książki, jej niezwykły duch i miłość, która choć być może często niewidoczna, ale jest w każdym człowieku, w każdym z nas – była przekazana Czytelnikowi. I myślę, że to się nam udało, czego dowodem jest powstanie Postscriptum.

  Nasze spotkania z Czytelnikami Więcej niż być odbywały się w każdej możliwej formie, począwszy od bardzo wzruszających, osobistych rozmów i serdecznych zwierzeń ludzi, poprzez spotkania grupowe, wywiady i wreszcie za pośrednictwem mediów: Telewizji TRWAM, Radia Maryja i innych, w których oboje z Januszem mieliśmy możliwość podzielenia się z każdym naszym świadectwem wiary.

  To dzielenie się świadectwem i jego odbiór oraz reakcje Czytelników i uczestników promocji są dla mnie największą nagrodą, jaką Pan Bóg dał mi po tym, co przeżyłam w ataku na World Trade Center.

  Dzisiaj wiem już na pewno, że otrzymanie przeze mnie „nowego” życia ma swój cel. Wiem też, że nie ma w naszym życiu przypadków. Nie było przypadkiem to, że Janusz zdecydował się na napisanie książki Więcej niż być. Nie była też przypadkiem jej promocja, która przyciągnęła tak wielu Czytelników. I wreszcie, nie jest przypadkiem powstanie tej oto książki Więcej niż byćPostscriptum, która mnie w sposób niesamowity wzrusza i skłania do głębszego zastanowienia się nad tym, jak bardzo muszę wystrzegać się dawania pierwszeństwa temu, co jest korzystne dla mnie, przed tym, co dobre dla innych. Bo tylko wtedy nienaruszone zostaną moje, Twoje i nasze chrześcijańskie więzi Miłości – Miłości, która jest więzią doskonałości i którą Janusz Rautszko tak przepięknie przedstawia na stronach tej oto książki.

 

Nowy Jork, 10 stycznia 2004 r. 

Leokadia Głogowska

 

Image

wszystkie prawa zastrzeżone Janusz Rautszko © 2011r.
wykonanie i administracja SPDesign.eu